wtorek, 17 marca 2015

www.kinomisja.pl


Zmiany! Kinomisja żegna się z blogspotem i zaprasza czytelników na nowy adres, przy okazji przeobrażając się z jednoosobowego bloga w kilkuosobowy projekt. Nie znaczy to, że tekstów będzie dużo więcej, lecz na pewno będą różnorodniejsze (choć sama tematyka zostaje zawężona), a może uda się zachować pewną regularność. Strona nie jest jeszcze kompletna i parę jej elementów jest tylko tymczasowo, jak choćby tło z radosnym Leatherface'm, ale chyba możemy już startować. Ze starego bloga zostało przeniesionych paręnaście tekstów, plus dodano kilka, których na nim nie było, w tym autorstwa Krzysztofa Ryszarda Wojciechowskiego (koniecznie obczajcie recenzję "The Sacrament"). Ale formalnie zaczynamy od (oczywiście, że bardzo fajnego) tekstu Arka Szpaka o kultowym majstersztyku Johna Carpentera pt. "Halloween". I tym samym rozpoczynamy cykl "Arcydzieła grindhouse'u", którego opis brzmi następująco: "Wyrastające bezpośrednio z amerykańskiej odmiany teatru burleski, kina grindhouse’owe swój najlepszy okres przeżywały pod koniec lat 60. oraz w latach 70. ubiegłego wieku. Tanie i obskurne, uchodziły za miejsca niebezpieczne, obok projekcji filmowych częstokroć oferując pokazy erotyczne, bezdomnym służąc jako noclegownie, a prostytutkom i ich klientom jako miejsca schadzek. Na grindhouse’owych ekranach zobaczyć można było przeróżne filmy gatunkowe z niemal całego świata – od włoskich horrorów, poliziotteschi i spaghetti westernów, przez japońskie filmy gangsterskie i samurajskie, chińskie filmy kung-fu i australijskie ozploitation, po amerykańską pornografię czy blaxploitation. W nieregularnym cyklu 'Arcydzieła grindhouse’u' skupiamy się oczywiście na najwybitniejszych z tychże obrazów. Zarówno na tych z nich, o których dziś się już nie pamięta, jak i tych, które odniosły duże sukcesy i przeszły do powszechnie cenionej klasyki, w związku z czym często zapomina się o ich grindhouse’owym rodowodzie." 

To by było chyba na tyle słowem wstępu. Zapraszam(y)!


PS. Za pomoc w ogarnięciu technicznych aspektów strony wielkie dzięki dla Piotra z Górnej półki oraz Kuby z The Blog That Screamed!

sobota, 7 lutego 2015

John Carpenter i muzyka do nieistniejących filmów


Fallen, Mystery, Abyss, Purgatory, Night. Oto przykładowe tytuły utworów, jakie wypełniają "debiutancką" płytę dawnego mistrza horroru i S-F. Tytuły z jednej strony niby konkretne, mówiące wiele o charakterze przynależnych im melodii i dźwięków, z drugiej brzmiące do bólu uniwersalnie, by nie powiedzieć, że pusto. Ale tym sposobem stanowiące wyraźny drogowskaz: oto przed nami studnia, do której wrzucić (i z której wyłowić) można wszystko, co tyko ma cokolwiek wspólnego z grozą. Lost Themes to bowiem jedyny w swoim rodzaju kinofilski prezent, jaki John Carpenter sprawił swoim fanom. "To album dla filmów, które rozgrywają się w Twojej wyobraźni - wyjaśniał autor genialnego The Thing. - Każdy ma jakiś film w swojej głowie. Weź mój album, włącz go, zgaś światło, usiądź, słuchaj i fantazjuj. Zobacz film, który w Tobie tkwi. Mój album to jego ścieżka dźwiękowa".

środa, 4 lutego 2015

Quentin Tarantino. Rozmowy

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Axis Mundi.


Od hongkońskiego kina gangsterskiego we Wściekłych psach, po kung-fu, chanbarę i spaghetti western w Kill Bill. Od blaxploitation w Jackie Brown, po slasher, a poniekąd i klasyczne exploitation w Death Proof. "Wszystkie moje filmy to pulp fiction" - mówił Tarantino w połowie lat 90., a powszechnie pogardzane "filmy gorszej kategorii" po raz pierwszy w historii zyskiwały tak utalentowanego i zarazem wyszczekanego rzecznika w świecie amerykańskiego kina. To zaś spowodowało, że fani pulpy zaczęli doszukiwać się wszelakich wpływów "kina śmieciowego" w twórczości tego krzykliwego postmodernisty. Skoro Quentin jest maniakiem spaghetti westernu, to czy kontrowersyjna scena odcinania ucha we Wściekłych psach została zaczerpnięta z Django? Skoro Quentin tak ceni sobie twórczość Mario Bavy, to czy konstrukcja Pulp Fiction nie jest przypadkiem wzorowana na tej z Black Sabbath? Czy postaci Julesa i Vincenta powstały na bazie duetu płatnych zabójców z poliziottesco pt. The Italian Connection? Czy w żyłach tego błyskotliwego cwaniaka zamiast krwi płynie rozpuszczona taśma celuloidowa?

czwartek, 22 stycznia 2015

Alleluia. Kino przeklęte

Poniżej tekst autorstwa Grzegorza Fortuny, który, jak szumią wierzby, już zostanie na pokładzie Kinomisji i będzie jej drugim pilotem.



Gdyby chcieć pokusić się o wyłuskanie jakiejś dominanty tematycznej najważniejszych filmów minionego roku, byłoby nią prawdopodobnie zwątpienie. Choćby zwątpienie w możliwość całkowitego pokonania traum z przeszłości (Babadook), poradzenia sobie z nałogiem (Wróg) lub ukarania zła (Wolny strzelec), ale też, szerzej, zwątpienie w sens jakichkolwiek ludzkich działań. Zwątpienie w dobro lub po prostu w człowieka sensu stricto. Trudno się dziwić, że tego typu wątek pojawił się u braci Coen, którzy w Co jest grane, Davis? zaciskają wokół szyi bohatera fabularną pętlę, a potem pokazują widzowi, że męcząca tułaczka była tak naprawdę drogą z miejsca A do miejsca... A. Jednak filmów przepełnionych niepewnością (lub wręcz niewiarą) było przecież znacznie więcej, by wymienić tylko Zaginioną dziewczynę, w której David Fincher najpierw zachęca nas do zaufania narratorowi, a potem otwarcie się z tej naszej łatwowierności nabija. Moim ulubionym – bo najbardziej niespodziewanym – przykładem jest jednak Godzilla Garetha Edwardsa. Oto blockbuster dla nastolatków (przynajmniej w teorii), przedstawiający ludzi jako żałosne robaczki, które w dodatku bez przerwy potykają się o własne odnóża, blockbuster mający przy tym więcej wspólnego z twórczością Lovecrafta niż z szeroko pojmowanym kinem wakacyjnym.

środa, 14 stycznia 2015

2014

Alleluia

Zeszły rok zaczął się u mnie do bólu zwyczajnie, aby okazać się okresem definiowanym w pewnym sensie zabawnymi "punktami zwrotnymi". W następstwie pierwszego z nich - zepsucia się laptopa przed wyjazdem za granicę - przez cztery długie miesiące prawie nie wiedziałem, co to znaczy obejrzeć sobie film. No i musiałem przestać pisać swoją książkę o spaghetti westernie. A tyle, co zacząłem ją pisać od nowa. W każdym razie, powstałych wówczas zaległości oczywiście nie nadrobiłem, a myślę, że rok 2014 był naprawdę zajebisty w świecie X Muzy. Nie przypominam sobie, abym we wcześniejszych latach miał przyjemność tak często trafiać na co najmniej dobre i z różnych powodów bardzo ciekawe nowe produkcje. Przede wszystkim wreszcie wypłynęło trochę tytułów, na które bardzo czekałem i które stanowią prawie połowę moich największych zeszłorocznych faworytów. Na sto banków byłoby ich jeszcze więcej, ale niestety dokument o wszystko mówiącym tytule Eurocrime! The Italian Cop and Gangster Films That Ruled the '70s Mike'a Malloya póki co dorwać można tylko w USA, bluesowe, poświęcone "problemowi indiańskiemu", Rhymes For Young Ghouls Jeffa Barnaby'ego póki co dorwać można tylko w USA i Kanadzie, inspirowane pulpową włoszczyzną The Duke of Burgundy Petera Stricklanda jeszcze nie doczekało się swojej poza-festiwalowej premiery, a stanowiący komercyjne oblicze mistrza "alternatywnego horroru" Fabrice'a Du Welza Colt 45 ciągle nie wyszedł poza Francję. Rzecz jasna, nie ma tego złego - pierwsi mocni kandydaci na ulubione filmy roku 2015 już są.

niedziela, 21 grudnia 2014

When the Raven Flies. Wikingowie a westerny

Poniżej tekst napisany przez Krzysztofa Ryszarda Wojciechowskiego, autora bloga Rękopis znaleziony w Arkham. Namawiam go, żeby już na stałe został na pokładzie Kinomisji (bo Arkham to komiks i muzyka), ale coś się chłopaczyna buntuje.



W oczekiwaniu na następny sezon Wikingów chciałoby się oszukać głód poprzez spożycie jakiegoś surogatu. Próbowałem tego już po zakończeniu pierwszej serii tego serialu i przekonałem się wówczas, że filmów o wikingach jest bardzo mało, a tych udanych zaledwie kilka. Nie trzeba chyba dodawać, że piszę to z tej części piekła, w której trzymają popaprańców jarających się ultra-pulpowym kinem, więc wielkich wymagań nie mam. When the Raven Flies (Hrafninn Flygur, 1984), który otwiera "trylogię wikińską" Hrafna Gunnlaugssona, jest zdecydowanie jednym z najlepszych.

czwartek, 11 grudnia 2014

Fatale: Śmierć podąża za mną (lub: Ed Brubaker i Sean Phillips wreszcie otrzymują szansę na podbój Polski)

Jeśli miał(a)byś w tym roku wydać pieniądze na jeden tyko wydany w Polsce komiks, to radziłbym, aby był to pierwszy tom Fatale. Zaraz, nie czytasz komiksów od czasów dzieciństwa, bo potem przyszła pora dorosnąć? Fatale to doskonały tytuł, aby uwierzyć tym wszystkim nerdom i innym geekom, że pod kątem różnorodności grup docelowych nie ma żadnej różnicy między komiksem a kinem, literaturą czy muzyką. A dla kogo dokładnie jest Fatale? Dla fanów noir i horroru. Dla fanów Harry'ego Angela, True Detective i całej spuścizny H. P. Lovecrafta. Dla fanów autorskiego reinterpretowania klasycznych wzorców. Dla Ciebie, skoro ciągle czytasz ten tekst. Tylko ostrzegam, w tym kolejnym już majstersztyku napisanym przez Eda Brubakera, a narysowanym przez Seana Phillipsa, atmosfera jest tak gęsta, że można by ją kroić nożem. Noir jawi się tutaj jako tajemniczy jegomość, który błądzi środkiem nocy po nieznanych sobie klaustrofobicznych uliczkach, natomiast horror jako wyłaniające się nie wiadomo skąd i zaraz oplatające go macki. Jednakowoż - w przeciwieństwie do wspomnianego Harry'ego Angela - horror nie pożera noir, lecz zostaje przezeń zasymilowany. Macki nie uśmiercają jegomościa, a stają się jego własną bronią.